Kanion Palo Duro

Dodano: 2013-09-08 @ 05:29

Nie byłbym sobą, gdybym spędził miniony weekend siedząc w hotelu. Nie byłbym też sobą, gdybym po prostu poszedł na łatwiznę i wybrał się na spacer. Krótko mówiąc: nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił czegoś głupiego – np. wybrał się na pustynię przy 40-stopniowym upale. Ale po kolei...

Przed przylotem tutaj planowałem, że w któryś weekend po prostu wsiądę w samolot i polecę do Vegas lub Nowego Orleanu. Jednak po otrzymaniu kluczyków od Mustanga od razu wiedziałem, że po prostu muszę go odpowiednio wykorzystać - najlepiej wyruszając w długą trasę. Znalezienie odpowiedniego celu podróży okazało się jednak trochę kłopotliwe - jakiekolwiek ciekawe miejsce na ogół okazywało się oddalone o, lekko licząc, 1000 kilometrów. Mając do dyspozycji tylko weekend średnio widziało mi się spędzenie 20 godzin za kółkiem. Nawet za takim kółkiem.

W końcu trafiłem na lakoniczną informację, że w Teksasie znajduje się drugi co do wielkości kanion w USA. Rzut oka na mapę - niecałe 600 km. Rzut oka na zdjęcia - nie robią jakiegoś specjalnego wrażenia. Z drugiej strony, sam cel nie jest czasami najważniejszy - liczy się frajda podróży. Szybka decyzja - jadę.

W ten oto sposób, około godziny 5 rano wsiadłem na do Mustanga i przekręciłem kluczyk. 412 koni zamruczało radośnie i ruszyłem w stronę wschodzącego słońca...

(Tutaj Radio Erewań - nie w stronę wschodzącego, bo ruszyłem na zachód, i nie w stronę słońca, bo na tej szerokości geograficznej w tej strefie czasowej o 5 rano jest jeszcze całkowicie ciemno. O 6 rano zresztą też.)

Przez kolejne kilka godzin i z uśmiechem do ucha do ucha przemierzałem amerykańskie prerie, pędząc po płaskiej jak stół autostradzie i słuchając w radiu na zmianę jedynych dwóch gatunków muzyki, które puszczają stacje w Teksasie - country i gospel. Roadtrip pełną gębą.

Około południa dotarłem na miejsce. Przynajmniej tak mówił mój GPS i znaki drogowe. I budka, w której musiałem kupić bilet wjazdu na teren parku narodowego. Lekko zirytowany toczę się powoli wąską drogą wśród pól, kiedy nagle otwiera się przede mną widok tak spektakularny, że z wrażenia prawie mijam zjazd na parking.

OK, nie widziałem na żywo Wielkiego Kanionu, ale jeżeli jest jeszcze większy, to naprawdę musi być gigantyczny. Kanion Palo Duro jest olbrzymi. Po prostu. Wielki płaskowyż nagle urywa się i opada stromymi zboczami o wysokości 200-300 metrów. Od kilkunastu minut dumam jak to dobrze oddać słowami i dochodzę do wniosku, że po prostu się nie da. Zamiast tego - zdjęcie, które w sumie też nie oddaje tej przestrzeni i ogromu (nie dziwię się teraz, że zdjęcia w internecie nie rzuciły mnie na kolana).

obrazek

Przemierzywszy samochodem krótką drogową pętlę po dnie kanionu, postanowiłem w końcu przez chwilę poczuć pod stopami kamienie, a nie asfalt. Odczekałem do późnego popołudnia i, kiedy upał nieco zelżał (zamiast 40 było jakieś 35 stopni), zaopatrzony w mapę oraz 3 butelki wody, ruszyłem na szlak.

Pogoda mi sprzyjała - niebo zasnuło się chmurami, co dało trochę odpocząc od palącego słońca. Po nieco ponad godzinie samotnej wędrówki dotarłem do formacji skalnej zwanej Lighthouse Peak, czyli po naszemu "Latarnia morska". Czy faktycznie przypomina latarnię - kwestia dyskusyjna. Natomiast sam widok tego miejsca oraz z tego miejsca jest, bezdyskusyjnie, niesamowity.

obrazek

Spocząłem na ciepłej skale i długo siedziałem, ciesząc oczy widokiem, słuchając ciszy (przerywanej - często - graniem cykady lub - kilka razy - grzechotem grzechotników) oraz dumając o minionych czasach i smutnym losie rdzennych mieszkańców tych ziem.

Właśnie w tym kanionie skończyła się wolność ostatnich Indian południowych prerii...

Ale to już temat na inną historię.

Blog